Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

June 04 2013

zEveR
00:38

Drugi Brzeg.

Grzmoty za oknem zbliżyły się wystarczająco, by uznał, że czas najwyższy na shutdown całego datacenter. Varelse wyłączył przyciskiem, jak zawsze, ufs nigdy go nie zawiódł, na Tormentora poczekał cierpliwie minutę+, a gdy umilkły już wiatraki wyciągnął wtyczkę listy zasilającej wszystkie maszyny z gniazdka. zEveriańskie datacenter zamilkło.

Cisza.

Na codzień nie zauważał nawet, jak głośno szumią wentylatory jego maszyn. Dopiero w przypadku braku prądu, czy burzowego wyłączenia dochodziła do niego świadomość, jak ciche może być to miejsce.

Narzucił ciężką zimową zbroję M65, włożył do uszu słuchawki, w których cały dzień leciał album Thirteenth Step, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. Tosia w deszczowe dni zamieniała się w bury kłębek zaspania, więc nie spodziewał się, by chciała wyjść, zanim wróci.

Deszcz lał rzęsisty, ciężki, doskonała pogoda na kapelusz. Z górnej kieszeni pancerza wydobył więc precyzyjnie złożone survivalowe nakrycie głowy i zabezpieczywszy je sznurkiem pod brodą wyruszył w kierunku centrum. Ciężkie krople rozbijały się na mikrofontanny uderzając w asfalt ulicy. Tysiące tych, trwających ułamek sekundy rozbryzgów składały się na kryształowy dywan po którym kroczył, a może w którym brodził...

Pierwszą przecznicą skręcił nad Rudawę. Przeszedł koło zahukanych jednorodzinnych domków i wszedł na przyrzeczny wał. Malutka rzeczka szumiała złowieszczo. Wyjął słuchawkę z prawego ucha by lepiej odebrać jej głos. Pod mostkiem był niewielki próg wodny, gdzie prąd załamywał się na kamieniach i zamieniał w bulgocącą i jakby rozgniewaną toń. Wyobraził sobie, jak trudno by się było z niej wynurzyć. Zrobił telefonem zdjęcie, ale światło było marne i nie wyszło ładnie. Przeszedł przez mostek i wałem po północnej stronie poszedł na wschód, na Błonia.

Rzeczka płynęła razem z nim, jakby dla towarzystwa, chociaż to właściwie on był tu przybyszem, ona tak płynęła odwiecznie. Po kilkuset metrach włożył na powrót prawą słuchawkę. N-setny raz leciało "The Noose", powinien odhaczyć autorepeat. Może później.

Pomyślał o pozytywnym wpływie deszczówki na włosy, potem o smogu i teorii jakie to niby zanieczyszczone jest krakowskie powietrze. Nigdy jakoś tego nie odczuwał, może dlatego, że mieszkał właściwie w lesie. W każdym razie zdecydował by nie zdejmować kapelusza. Coś o cieple traconym przez głowę i tym, jak to niewygodnie jest się przeziębić na polskie lato.

Nawet nie zauważył, kiedy dotarł na Błonia. Deszcz wciąż nie ustawał. Na największej śródmiejskiej łące Europy nie było żywej duszy. Wzrokiem prześledził ścieżki, które pozwoliłyby mu dotrzeć jak najbliżej środka. Nie chciał iść na wskroś, by odwlec o ile się da ten moment, kiedy woda zacznie chlupać w jego wmocnionych zimną stalą czarnych glanach numer czterdzieści sześć. Miał jeszcze spory kawałek do przejścia.

Jeszcze nim dotarł na środek, przyszło mu do głowy, że dla szalejącej wokół burzy jest dość łatwym celem, najwyższym punktem na dużym płaskim obszarze. Zastanowił się, jak by to było być przewodnikiem dla miliona amperów... którędy przepłynąłby ładunek, pewnie część po słuchawkach, znowu nowe słuchawki... Niby miał ze sobą laser, a czytał kiedyś, że wzbudzona laserem jonizacja powietrza stanowi duże ułatwienie dla pioruna. Przed oczyma stanęła mu koncepcja urządzenia o wdzięcznej nazwie "Thunder Seeker". Obrotowa instalacja przemiatająca niebo pięcioma promieniami lasera na raz, szukająca skąd by tu przyciągnąć błyskawicę. Można by obok wbić w ziemię żelazny zaostrzony pręt i siadać ze sto metrów dalej, dla widowiska. Jego analityczna część szybko zrobiła checklistę bezpieczeństwa, przychodzić bez elektroniki, telefonów, zegarków, zapytać o rozruszniki serca. Tak. Ciekawe, czy półprzewodnikowe lasery ze wskaźników rzeczywiście zjonizowałyby wystarczająco, może jakiś silniejszy... z nagrywarki, albo te zielone, którymi dziurawi się czarne balony na odległość... Dotarł na środek, przynajmniej wyglądało to na środek.

Błonia jako łąka o raczej niesymetrycznym kształcie zasadniczo środka nie mają. Nie było tu punktów charakterystycznych na tyle, by pozwolić znaleźć wykonany dzień wcześniej koci grób. Wiedział, bo dlatego wybrał je N-lat temu na miejsce pochówku dwóch padłych na panleukotemię kociąt. Teraz mu się przypomniały, one i powód dla którego wybrał Błonia właśnie. Nie chciał pamiętać konkretnego punktu, chciał pamiętać obszar, koncept miejsca, Trawę. Spojrzał na stare miasto, nad stadione Cracovii reflektory raziły białym światłem. Nad kopcem Kościuszki przesłoniętym przez strugi lecącej z nieba wody wisiały poszarpane białe chmury.

Ruszył do centrum długą osią łąki. Z pobliskiego ośrodka sportowego dobiegły jakieś krzyki, rzucił krótkie spojrzenie. Szedł planując, którą stroną alei pójdzie pod Wawel, jaka będzie Wisła, jak zrobi zdjęcia by nie wylewać potem wody z aparatu, wszystkie te myśli jednak toczyły się jakby na drugim planie przytłoczone jedną przemożną. "Aleś ty durny" powiedział do siebie, jednocześnie klnąc w duchu na wszystkie na raz niezbywalne cechy kondycji ludzkiej.

Pod kinem Kijów mnóstwo ludzi z parasolami, koło przystanku przeszedł krawężnikiem uważając by nie zderzyć się z lusterkiem żadnego autobusu. Udało się, kilkaset metrów pod Jubilat i oto Wisła, matka rzek. Nie wyglądała na wzburzoną.

Powoli schodził schodami obserwując dwóch bezdomnych śpiących w niszy pod przyczółkiem mostu. Jaka musi to w ich oczach być rozrzutność komfortu, wyjść na tę ulewę, kiedy możnaby siedzieć w suchym i ciepłym bunkrze dowodzenia. Nie zagadali, trochę żałował, bo cenił sobie te quasi-głębokie rozmowy z ludźmi ulicy. Wydawali się jakoś bliżej życia, poprzez swoje niefortunne położenie.

U podnoża schodów na asfalcie chodnika widniał zrobiony białym sprayem napis: "Kocham Cię Basiu". Zastanowił się... w jakiż to sposób owa Barbara poznać miała treść tego przesłania. Czy przechodzi tędy sama, do pracy, albo by pobiegać, a może została przyprowadzone przez autora i skonfrontowana z wyznaniem wypisanym, gdy jego usta nie były w stanie go wypowiedzieć. Sfotografował napis trzymając nad aparatem rękawicę. Będzie do archiwum. Popatrzył chwilę na kołyszące się w deszczu łódki i wszedł pod most Dębnicki. Zdjął przemoczone rękawice, położył je na chodinku i z uporem godnym lepszej sprawy zaczął wykręcać kapelusz. "Pół litra wody jak nic", pomyślał. Jakichś dwóch ludzi pod parasolem przeszło mimo, nie zwracając szczególnej uwagi, zatopieni w rozmowie. Dobrze, lubił tak. "Pogapcie się, to jeszcze zobaczycie czy woda w Wiśle zimna", pomyślał. 

Atmosfera pod mostem była ciekawa. Spod północnego przyczółka woda płynęła z dwóch rynien, spływała po pochyłości, przez chodnik i wpadała do rzeki. Kto wyprowadza rynny POD most i po co... tego nie mógł sobie wyjaśnić. Ważne, że między dwoma strumieniami część chodnika była sucha, tam stał.

Deszcz w interesujący sposób zaznaczał swoją obecność na rzece, pod mostem, jej tafla była gładka, niemal jak szyba, parę metrów dalej podziurawiona milionem kroplistych uderzeń. Zrobił kilka zdjęć, uważając by zmieścić Wawel w kadrze. Za jego plecami przebiegło dziewczę. Obrócił się. Biegaczka w stroju cokolwiek sportowym, bynajmniej nie chroniącym od deszczu. Widocznie z cukru nie była. Jej też zrobił zdjęcie. Stojąc dłuższą chwilę w jednym miejscu zaczynał powoli odczuwać dyskomfort płynący z obecności wody w materiale nogawek. "Trzeba będzie wracać" powiedział cicho do siebie. Przez chwilę rozważał, czy przejść przez rynek, ale nie czuł wewnętrznej radości od tej myśli, ciągnęło go za to w górę rzeki, chciał zobaczyć miejsce, gdzie wpływa do niej Rudawa. 

Założył kapelusz i ruszył w wybranym kierunku. Dość wcześnie zauważył zataczającą się postać, człowiek w koszuli, z torbą na ramieniu. Sprawiający wrażenie, jakby chciał przyciągnąć uwagę. 

Zatrzymał się przy nim, wyjął z uszu słuchawki i spojrzał na stojący obok żółty znak "Prace budowlane, przejścia nie ma".

- Jak to nie ma przejścia? - zagadał.
- Ermmm, no tam nie ma, ale tutaj jest - odpowiedział zataczający się jegomość, po czym kontynuował.
- Chciałbym się skontaktować z moją żoną.

W tym momencie przez myśl przeszedł mu sygnał "To ten moment". Instynktownie poczuł, że to spotkanie było od samego początku celem jego dzisiejszej misji, że dla tego momentu wyszedł w deszcz jak człowiek niespełna rozumu i że teraz odegra jakąś rolę. Zeskanował optycznie nieznajomego, człowiek zadbany, obrączka, zawiany jak stodoła, ogolony dziś rano, mógłby wracać z pracy.

- Czy jest taka możliwość? - spytał nieznajomy.
- Naturalnie - zabrzmiała odpowiedź, odpiął słuchawki od telefonu i zaczął przeklikiwać się przez okropną droidową aplikację do telefonowania. Nieznajomy zaczął dyktować numer.
- Piećset osiem, pięć osiem dziewięć... właściwie, to ja bym chciał Przejść Na Drugi Brzeg.
- Na drugi brzeg? No to mostem, tak? - odrzekł nieznajomemu wskazując Dębnicki most spod którego przed chwilą wyszedł.
- Bo ja to ermmmm, jestem... podgórzaninem. - kontynuował nieznajomy.
- No to kawałek - Wyobraźnia przestrzenna powoli zaczęła budować plan miasta by ogarnąć w którą stronę jest Podgórze, przeczucie podpowiadało mu, że raczej nie blisko.
- To mogę prosić o pomoc? - zapytał nieznajomy.
- Naturalnie, chodźmy - rzekł pewien już na 100%, że jest rola do odegrania i że oto dostarczy tego człowieka z punktu A do punktu B.

Przeszli parę kroków nim nieznajomy zaczął
- Ale ja nie jestem Dębniczaninem.
- Rozumiem.
- Bo ja nie o taką pomoc chciałem prosić. Nie o wskazanie kierunku.
- No dobrze, a o jaką?
- Chcę się dostać na drugi brzeg.
- No to mostem się idzie przecież, o tutaj.
- O inną pomoc.  Nie że się zgubiłem, czy coś.
- ... - nic nie odpowiedział czekając by nieznajomy się doprecyzował.
- No to ja się poddaje.
- Tak? - poddawanie się nigdy nie wzbudzało w nim aprobaty.
- No poddaję się. - rzucił nieznajomy ze śmiechem.
- ... - nie wiedząc co powiedzieć spojrzał na most, na drugi brzeg rzeki Wisły...
- ... - nieznajomy najwyraźniej oczekiwał jakiejś reakcji.
- Nie dysponuję transportem - odpowiedział zmieszany, o jaką pomoc chodziło nieznajomemu nie miał zielonego pojęcia.
- Nieeee, nie o to chodzi...

Zawiany jegomość wykonał gest zrezygnowania, po czym wyciągnął rękę na pożegnanie, uścisnęli sobie dłonie, po czym odszedł.

Stał chwilę patrząc, jak ochodzący wspina się po schodach. Gdzie był błąd, co się stało, gdzie się chciał dostać i jakiej pomocy oczekiwał...

Znak "przejścia nie ma" stał dalej na swoim miejscu. Nie ma to nie ma, ruszył w kierunku schodów, wyszedł na ulicę Kościuszki i poszedł na Salwator. Deszcz nadal padał bez zmian. Przeszedł koło łaźni dla bezdomnych, siedziby wydawnictwa otwartego dla którego kiedyś z Rizochim recenzowali książki i unikatowego przypadku chińskiej restauracji połącznej z barem i maszyną "jednoręki bandyta" do kompletu. Uprzejmie wyprzedził oglądające się dziewczę, w którego ślepe pole wszedł po przejściu przez ulicę. Dość się strachu najedzą w życiu, nie ma co mimowolnie dokładać. Po dojściu na salwator skręcił na Błonia i szedł wzdłuż Rudawy pogrążony w myślach. Od dawna wierzył w podświadome przetwarzanie. Stawiał pytania, a ludzka sieć neuronowa pracowała nad odpowiedzią dopóki ta nagle nie wyłoniła się w postaci "o nagle mnie olśniło". Szedł cały czas wzdłuż Rudawy i Był w połowie drogi z Błoń do centrum dowodzenia, gdy odpowiedź wreszcie nadeszła. 

- Przejść Na Drugi Brzeg.

Zatrzymał się. Przez dłuższy moment myślał, że zawiódł. Zastanowił się głębiej. Odegrał swoją rolę, i zrobił to tak a nie inaczej, intencje czy nawet ich brak nie miały znaczenia. Znaczenie miał tylko rezultat. Nie czuł się już Klucznikiem, to już nie była jego wojna... Wracał do datacenter chlupocząc czarnymi, wzmacnianymi zimną stalą glanami numer czterdzieści sześć, kapiąc i chlapiąc, nie przeprowadziwszy Człowieka Proszącego O Pomoc na Drugi Brzeg. Nie żałował. Wyprawa w przestrzeń miasta nie zawsze miała wymierne czy nawet rozumialne wyniki. zEverian Patrol Returning to Base. Nawet gdy otwierał drzwi do wyciszonego teraz dataceter, deszcz padał tak samo, jak przed paroma godzinami... niewzruszone niebo płakało nad naszym losem.

Reposted byafterallKaerrielkapitandziwny

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl